środa, 30 grudnia 2015

[Alter Drrr!!!] Roppi x Tsuki x Izaya- Chwytając się cienia.../part 2

Czee~eść!!!
Wracam tak po tej kilkumiesięcznej przerwie. Boże, jak dobrze znów mieć kontakt ze światem! *całuje komputer* Ekhem... Na razie wstawiam to, ale "niedługo" dodam coś EKSTRA, więc nie musicie się martwić, że znów Was opuszczam xD
Tak, więc nie przedłużając- zapraszam do czytania (i komentowania ^^)~!


~idzie pohasać sobie na swoim magicznym jednorożcu~

 Odetchnąłem głęboko, nadal próbując uspokoić skołatane nerwy. Izaya jak zawsze miewał te swoje "wielkie" wizje i chce skłonić mnie to wypełnienia ich. Widocznie tym razem ma zamiar sprawdzić czy mu (znów) ulegnę. Ponownie wziąłem głęboki oddech i postanowiłem wreszcie wyjść z łóżka. Dochodziło już południe, a ja nie mam pojęcia co dziś będę robić. 
Może przejdę się na spacer...?

 ***
- D-Delic-kun, prze-estań...!-wyjąkałem ze strachem i cofnąłem się bardziej. Blondyn jedynie zaśmiał się okrutnie i wyciągnął bliżej dłoń na której siedział sobie spokojnie pająk. Pisnąłem cicho i rzuciłem się do ucieczki. Usłyszałem za sobą wołanie Haru:
- Oi, Tsukishima-sempai! To tylko zwykły pajączek. Nie zrobi ci krzywdy!
Ja jednak wolałem tego nie sprawdzać i nadal stałem w bezpiecznej odległości od Delica, który miał bardzo nieprzyjemny wyraz twarzy. Roppi-kun, dlaczego cię tutaj nie ma?!

***

Ikebukuro jak zawsze tętniło życiem. Czy to dzień, czy to noc- zawsze było tak samo. Tysiące ludzi przechodziło obok mnie zajęci swoimi sprawami i myślami. Ja natomiast przemykam przez ten cały schemat i idę swoją własną drogą. Jednak nie mogę powstrzymać tej jednej natarczywej myśli: "A co jeśli Izaya ma rację?". Nie, na pewno nie jej ma. Gdy miał to już dawno świat nękałaby apokalipsa- nieważne jaka, może i wszystkie na raz. 
Spojrzałem na swoje nadgarstki, nadal owinięte bandażem, myśląc, że to się chyba nigdy nie skończy. Zawsze będzie tak samo. Zawsze.
Rozglądam się mało dyskretnie szukając oznak niedawnej obecności Izayi i Shizuo, ale poza wczorajszymi śladami, nie było nic nowego. Widocznie jeszcze nie mieli okazji się spotkać, albo Izaya jeszcze nie "stworzył" okazji by się spotkali. 
Nagle mój telefon zawibrował. Sięgnąłem do kieszeni kurtki i wyciągnąłem go z niej. Ledwie spojrzałem na wyświetlacz, a już wiedziałem kto do mnie pisał. Uśmiechnąłem się kpiąco. Jakimś cudem wie, że on nim myślę. No cóż... jedna z wielu umiejętności "boga". Wystukałem pospiesznie odpowiedź i schowałem telefon. Jak na razie mogę go zbywać, ale to długo nie potrwa. Mam tylko kilka godzin by rozkoszować się tą tymczasową wolnością. Przeciągnąłem się z lubością niczym kot i szybkim krokiem skręciłem w dobrze znaną sobie uliczkę. 

***

 Czy wiesz czym jest strach?
Czy znasz to szybkie bicie serca, gdy wiesz, że koniec jest bliski?
Czy wiesz jak to jest umierać...?

 Stałem tak samotnie na krawędzi dachu, starego jak świat, budynku i zastanawiałem się. Zastanawiałem się o czym pomyślałby Tsuki, gdyby mnie teraz zobaczył? Powiedziałby coś? A może strach nie pozwoliłby mu nic powiedzieć? Może zacząłby po prostu wrzeszczeć z bezsilności, bo nie mógłby mi w tej chwili pomóc? Nie wiem. Chyba jednak wolałbym tego nie wiedzieć. 
Odetchnąłem głęboko i uniosłem głowę. Spoglądając przed siebie, wprost na tą całą panoramę miasta, które jest już tak zatrute, myślę, że gdzieś tam daleko jest ktoś kto być może myśli podobnie do mnie, ale nigdy nie będzie dane nam się spotkać. Bo los nigdy nie jest łaskawy dla takich jak ja. Dla tych, którzy usilnie mu się sprzeciwiają. 
Nagle poczułem na plecach czyjąś dłoń i stanowcze pchniecie. Wszystko wokół się rozmazało, a wiatr szumiał mi w uszach.Nawet nie zdążyłem ogarnąć co się właściwie dzieje, gdy niespodziewanie ta sama dłoń złapała mnie za przedramię i przyciągnęła z powrotem do siebie. Czyjeś ramiona oplotły mnie zaborczo w pasie, a usta wyszeptały mi do ucha:
- Cześć.
Drgnąłem i wyszarpnąłem się z uścisku. Odwróciłem się i zobaczyłem uśmiechniętego Izayę, który trzymał w dłoni mój telefon. Pomachał mi nim przed nosem i mruknął:
- Po co ci on, skoro nie używasz go należycie?
- O czym ty pieprzysz?- burknąłem i wyciągnąłem rękę po telefon. Izaya wykrzywił usta w kpiącym uśmieszku i szybkim ruchem schował moją komórkę do kieszeni. 
- Izaya...- westchnąłem.- Nie mam nastroju do zabaw z tobą, jasne?
- Bo w tym czasie planujesz w jaki sposób skoczysz z dachu.- prychnął rozbawiony.- Polecam na bombę.
Wywróciłem oczami i milczałem. Skąd on w ogóle wiedział, że tu jestem? Przecież zazwyczaj tędy nie chodzi. Wiem, bo specjalnie wybrałem takie miejsce w którym się na niego nie natknę. Widać znów się pomyliłem.
- A tak w ogóle to czemu nie odebrałeś?- drążył temat, przyglądając się mi uważnie. 
- To aż takie istotne?- odpowiedziałem pytaniem. Izaya uśmiechnął się krzywo. Nie lubił, gdy go ignorowano. Cały czas zasługuje na uwagę. Jak dziecko. Podszedł jeszcze bliżej. Stykaliśmy się torami, ale to on był wyższy o ten jeden centymetr. Mimo, że się uśmiechał to w jego spojrzeniu było można dostrzec chłód. Mimowolnie zadrżałem. Aż nad zbyt dobrze znałem tego typu spojrzenie. 
- Czegoś chcesz ode mnie, czy coś...?- próbowałem zwrócić jego uwagę na konkrety. Izaya westchnął jakby cały świat zwalił mu się na głowę i odparł:
- Za dwa dni wraca Tsukishima, prawda?- tym razem jego uśmiech był drwiący. Odwróciłem wzrok i prychnąłem:
- Co to ma do rzeczy?- znów pytanie jako odpowiedź. 
- To znaczy, że zostało nam niewiele czasu i musimy go dobrze spożytkować.- szepnął mi do ucha, a jego ciepły oddech wywarł na mojej lodowatej skórze gęsią skórkę. Odsunąłem się na kilka kroków i spojrzałem na niego spode łba.
- Akurat mam już plany, więc-
- Ja również mam plany.- przerwał mi i chwycił za nadgarstek, ściskając go mocno, że aż syknąłem.- Wolałbym żebyśmy zrobili po mojemu.- ten groźny ton ani trochę nie pasował do wizerunku beztroskiego, samozwańczego boga Ikebukuro. Nie żebym się bał, ale trochę mnie to zaniepokoiło. Nawet jeśli Izaya jest psychopatą- bo jest- to i tak nie powinien się tak zachowywać. A może powinien? Brunet uważa się za zupełnie odrębną jednostkę. To oczywiste, że nie będzie się mieścił w ludzkim schemacie chorych psychicznie. Ja również się w nich nie mieszczę. 
- Niech będzie.- skapitulowałem po chwili namysłu.- Jednak to ostatni raz. Później masz dać mi spokój.
Informator uśmiechnął się lekko asymetrycznie, ale można to uznać za oznakę tego, że akceptuje obecne warunki. Mimo, że na początku to on sam jej miał stawiać. 
- No cóż... Skoro już wszystko sobie wyjaśniliśmy to może oddasz mi wreszcie telefon?- wyciągnąłem rękę po swoją własność. 
- Jaki jest dziś dzień tygodnia?
- Śrobota!- warknąłem. To kolejna zabawa z listy "Podenerwujmy-trochę-Roppi'ego." Izaya mruknął coś pod nosem typu "Za grosz poczucia humoru", ale oddał mi komórkę. Spojrzałem na wyświetlacz. Tysiące nieodebranych połączeń od Izayi, drugie tyle wiadomości głosowych. Skrzynka mail'owa pęka w szwach. Zorientowałem się, że Tsuki dziś ani razu nie zadzwonił. A podobno powinien być dziś w miejscu, gdzie będzie mógł łatwo złapać zasięg. Może jeszcze nie dotarł? 
- Jeśli chodzi ci o twojego "Tsukishimusia"...
-Nie nazywaj go tak!- warknąłem rozeźlony. Rzadko okazywałem uczucia, ale przy Izayi wszystkie zapory idą w gruzy. Przy nim nie da się opanować emocji.
-... to zawsze możesz go odstawić.- dokończył beztrosko Izaya. 
- Po co? Żeby zostać twoją nową zabaweczką?- strzeliłem kostkami u rąk. Izaya nawet się nie skrzywił. Przeciągnął się niczym kot, który dopiero co wybudził się z drzemki na słonecznym ganku i mruknął:
- Nie rozumiem po co te nerwy, Roppi. Przecież nawet nie wspomniałem o sobie, czy też o tym, że chciałbym się z tobą wiązać. 
- Nawet jeśli nie wspomniałeś to i tak wiem, że to miałeś na myśli.- strzeliłem z kolejnego palca. Pstryk!
- Nie wiedziałem, że potrafisz odczytywać czyjeś myśli, Roppi.- uśmiechnął się szerzej.- Bo widzisz- podszedł i objął mnie ramieniem. Nie odsunąłem się.- ja nie widzę sensu bycia w "związku" w którym jedna połówka nie potrafi dochować "wierności".- spojrzał na mnie wymownie. Zgrzytnąłem zębami.
- Ty w niczym nie widzisz sensu, poza własnymi "ideałami". 
- Możliwe, ale tacy są chyba ludzie. Każdy z nas myśli inaczej, więc nie zawsze się we wszystkim zgadzamy. 
- Mówisz ciągle "my", "nasza", "nas". Czyżbyś zaczął znów uważać się za człowieka?- zrobiłem unik. Kolejny raz.
- Napisane jest, że ludzie zostali stworzeni na podobieństwo Stworzyciela, więc to chyba nie dziwne, że utożsamiam się z istotami podobnymi mnie.
- A gdzież ta twoja niezachwiana wiara w to, że tylko ty jesteś bogiem? Gdzie te twoje płonące deklaracje na temat własnej boskości?- drwiłem dalej, kompletnie nie zauważając tego, że oczy Izayi przysłonił cień. Chwycił mnie za ramię i przyciągnął w stronę krawędzi dachu. Pchnął mnie i ponownie zawisłem kilkanaście metrów nad ziemią. Przełknąłem nerwowo ślinę. Samemu pchnąć się w chłodne objęcia śmierci, to jedno, ale zostać posłanym do piachu przez kogoś innego- w tym przypadku przez dupka - to drugie. Tsuki by się wściekł. 
- Masz coś jeszcze do powiedzenia?- syknął Izaya, a zerknąłem ostrożnie przez ramię, na ile pozwalała mi obecna sytuacja. Brunet wyglądał normalnie. Lekko kpiący wyraz twarzy, luźna postawa. Jednak oczy ciskały "boskie" gromy. Urażona duma boli, a Izaya widocznie musi również odpłacić się tym samym. W moim wypadku- zrzucenie z dachu jakiegoś opuszczonego wieżowca. 
- N-nie...- mruknąłem. Tchórz, przemknęło mi przez myśli. Dumny uśmieszek Izayi podziałał na mnie jak policzek. Jestem aż takim śmieciem, że nie mogę z nim wygrać chociaż raz? Pieprzyć to wszystko.
- Od tego myślenia rozboli cię głowa.- wytknął mi po chwili milczenia.- A wiesz, że ja nie przyjmuję takiej wymówki.- wyszczerzył się. Przewróciłem oczami i mruknąłem pilnując by nie zadrżał mi głos:
- Może byś mnie łaskawie wciągnął na górę? Trochę mi już ramię drętwieje.- znów prychnięcie z jego strony, ale spełnił moje "życzenie". Gdy już stanąłem w pionie, rzuciłem mu ostatnie wrogie spojrzenie i wyminąłem go. Uznałem rozmowę za zakończoną. Nie odszedłem nawet na kilka metrów, gdy nagle usłyszałem za sobą wołanie informatora:
- Nie zapomniałeś czegoś?
Odwróciłem się na pięcie i zobaczyłem jak wyjmuje z kieszeni swojej kurtki mój telefon. Wzruszyłem ramionami i odparłem obojętnie:
- Na razie nie jest mi potrzebny. Podrzuć mi go wieczorem.- już ponownie miałem się odwrócić, gdy coś mnie tknęło.- Tylko ani mi się waż do kogoś pisać!- zastrzegłem. Wolałem nie myśleć co ten kretyn mógłby nagadać Tsukiemu, gdyby jednak zadzwonił. Nie, nie powiedziałby mu prawdy. Ale zapewne zacząłby tworzyć jakieś chore, jak na niego, aluzje. Zgryzłem dolną wargę. 
- Dobra, oddawaj mi go.- wyciągnąłem przed siebie dłoń. Izaya przewrócił oczami i westchnął:
- Wiecznie niezdecydowany, co? Normalnie jak Shizuś.
Uniosłem pytająco brew, ale on zbył moje nieme pytanie. Jego sprawa. Brunet rzucił niedbałym ruchem telefon w moim kierunku. Złapałem go i natychmiast schowałem do kieszeni spodni. Ponownie odwróciłem się i odszedłem. 
Pieprzyć to wszystko, zabrzmiało jak tekst jakiejś piosenki. Raz po raz powtarzałem sobie ten zwrot aż dotarłem do domu. Nie kłopotałem się otwarciem drzwi frontowych. Wszedłem oknem. 
Już miałem rozebrać się i usadowić się w swoim ulubionym fotelu, ale już ktoś tam siedział. Zatrzymałem się w pół kroku i wpatrywałem z niedowierzaniem w swojego gościa. Nieproszonego, tak dla uściślenia. 
- Witaj, Roppi-san!


***

Gwizd czajnika oderwał mnie od niechcianych myśli. Mimo to na krótko. Co, największa- zaraz po Izayi- menda, robi w moim domu? Pokręciłem głową i sięgnąłem do zmywarki po szklanki. Rano zapomniałem ją opróżnić. Postawiłem je na blacie i wrzuciłem torebki z herbatą. Mam nadzieję, że się nią udławi, pomyślałem mściwie. Wróciłem do salonu z tacą, na której stały szklanki i postawiłem ostrożnie na stoliku. Sam usiadłem jak najdalej na kanapie i wpatrywałem się w intruza. Ten natomiast, ze stoickim spokojem, wziął do rąk kubek z gorącym napojem i upił łyk. Nie dosypał nawet grama cukru. Obserwowałem uważnie jego ruchy, w każdej chwili gotów by się bronić. Gość, widząc moje zachowanie, uśmiechnął się znad kubka i mruknął:
- Nie ma się czego bać, Roppi-san. Przyszedłem tutaj w interesach. 
Zmarszczyłem brwi i syknąłem:
- Nie sądzę, żebym był zainteresowany czymkolwiek, co masz mi do zaoferowania.- ten uśmiechnął się szerzej.
- Już od dzieciństwa byłeś taki nieufny. W żaden sposób nie można się było do ciebie zbliżyć.- spojrzał na mnie swoimi czarnymi oczami. Zadrżałem.- To było takie zabawne. Zawsze miałeś minę, jakbyś chciał nas wszystkich załatwić. 
- Skąd wiesz, że nie chciałem?- oparłem, siląc się na spokój. Nie mam szans z nim wygrać. Dostrzegłem w jego oczach iskierkę rozbawienia. Dla niego życie to ciągła zabawa. 
- Zrobiłbyś to.- przybrał poważny wyraz twarzy.- Tylko zawsze brakło co odwagi. 
Zgrzytnąłem zębami, a przed oczami przebiegły mi krwawe sceny rodem z horrorów. Oczywiście główną ofiarą był on. Wygiąłem wargi w ironicznym uśmieszku i odparłem:
- Możliwe, ale to chyba dla WAS dobrze, nie?
Zmrużył oczy i odstawił gwałtownie szklankę. Sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął z niej szarą kopertę. Westchnąłem. A więc to takie interesy. Rzucił nią we mnie i zmierzył pogardliwym spojrzeniem. Następnie wstał i patrząc na mnie z góry- o ile to jest możliwe przy swoim wzroście- powiedział:
- Jedyne co potrafisz to niszczyć, ale nie myśl, że zawsze będzie ci tak łatwo to szło.- zacisnął dłonie w pięści na znak swojej irytacji.- Pewnego dnia, omsknie ci się noga, a ja będę z przyjemnością się temu przyglądał. I jestem pewien, że nawet On nie będzie w stanie ci wtedy pomóc.- po tych słowach, jeszcze raz zmierzył mnie wrogim spojrzeniem i ruszył w stronę wyjścia. Chwilę później usłyszałem trzaśnięcie drzwi, a po tym już tylko pozostałą głucha cisza.

Czy wiesz, czym jest śmierć?
Czy znasz, jej prawdziwe imię?
Czy umiesz, ją poznać?

______________________________________________________
Hej, hej!
Ja wiem, że się cholernie długo mnie nie było, ale na prawdę nie miałam czasu. Teraz były święta, wiec złapałam trochę dystansu i rozdzialik jest! Ogółem nwm kiedy pojawi się coś nowego, bo po tej przerwie znów narzucą nam tempo, a ja ledwo nadążam xD Takie życie półmózga...heh.
Oczywiście, teraz to moje województwo (Pomorskie) ma jako ostatnie ferie, więc do połowy lutego muszę się wyrabiać. Jak będę miała czas to coś skrobnę, jak nie będę- to nic nie dodam. 
Dobra, ja tu kończę te swoje wywody i żale, a Wam dziękuję za nadludzką cierpliwość. 
Pozdro, 
Kaomi :*




Brak komentarzy: